 |
We never give up! Eden for Beyblade's Fans!
|
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
tekeli
Moderator

Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 196
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Płockowo
|
Wysłany: Sob 14:01, 12 Lip 2008 Temat postu: Czarna Książeczka |
|
|
Ekhm... Z daniem tego tekstu na tym forum zwlekałam naprawdę, naprawdę długo... W tym czasie skończyłam go napisać i zacząć tworzyć "wersję drugą poprawioną", pozbawioną ślepych uliczek i niekonsekwencji z oryginału. Więc do wszystkich którzy mieli okazję czytać na bakutenie: to nie ten sam tekst. Jest lepszy xD <ach, ta skromność...>
I tu chciałam podziękować wszystkim, którzy czekali, aż poprawię ten tekst na tyle, by się nadawał do pokazania publicznie(zwłaszcza jednej osobie, która mnie pogania cały czas :) i drugiej, dla której starałam się wylać na to jak najwięcej keczupku ^o^)
A do tych, którzy jeszcze nie czytali (czyli większości):
* dużo bluzgów
* niemało niemoralnych zachowań
* naprawdę sporo wariatów i wątków fantastycznych
* w oryginale miało prawie 70 stron
Więc lepiej bądźcie przygotowani.
A, i jakbyście wyłapali błędy, nielogiczności i inne w tej podobne - zwracać uwagę i pytać! Będę naprawdę wdzięczna.
A teraz czas na pierwszy fragment... Miłej lektury.
_________________________________________
Borys Dymitriew Kuznestow ponownie zważył w dłoni skalpel.
Nie, nie żeby przestał się czuć na swoim miejscu. To było normalne, że budzili go w środku nocy, że tłukł się nocnym tramwajem kilkanaście kilometrów, po czym miał pamiętać nazwę i położenie każdego ścięgna w ciele leżącego przed nim truchła, czekającego niecierpliwie na oznajmienie przyczyny zgonu, choć zdarzało się że miał „tylko” stwierdzić czy to i tamto wgniecenie na czaszce skrzywdzonej (ale żywej) kobiety powstało samo czy z pomocą jej męża. Że w cichym, chłodnym prosektorium spokojnie, precyzyjnie ciął, badał, wyklinał resztki nie skrzepłej posoki pryskającej w twarz, brał próbki i zerkał na to czy na tamto przez potężny mikroskop, nie zwracając uwagi na nieboszczyków zalegających dziesiątkami (jak nie setkami) za ścianą, w potężnej lodówce w kostnicy.
Sam chciał być lekarzem sądowym. I nim był, wraz ze wszystkimi aspektami tej cudownej, niezwykle poważanej profesji… Zwłaszcza wśród nekrofilów…
Jednak tej nocy, gdzieś tak o dwunastej piętnaście, nie mógł zebrać się do pracy.
Odpalił kolejnego papierosa od papierosa. Chyba… chyba próbował zidentyfikować własne uczucia.
Ten tutaj był jednym z największych skurwieli jakich spotkał w życiu. Wymyślił ten… autocenzura, przecież jestem spokojny… plan opanowania świata przy pomocy małych, wyżartych z uczuć chłopców, pojonych borem, trenowanych do wycieńczenia, podłączanych do amatorskich niszczarek uczuć, małych, ostrych jak brzytwa bączków oraz potężnych duchów przyrody, które, cholera wie dlaczego, zgodziły się pomagać ludziom w wygrywaniu starć beyblade. Był postrachem z hakiem na każdego, z wiedzą o najgorszych lękach i słabościach. Był tyranem, próbującym zbić kasę na głupich dzieciakach wierzących w sport i lepsze życie.
Przejęcie władzy nad światem za pomocą dziecinnej gry – tak, na to mógł wpaść tylko bardzo chory człowiek. Chory…? Psychol i tyle. I jego podwładni też.
A teraz, po dziesięciu latach odsiadki, po prostu mu się wzięło i zmarło. Na zawał.
Nie, pomyślał Borys, w końcu przemagając się i wstając z krzesła, podsuniętego byle jak pod stół sekcyjny. To za banalne. On miał go dopaść w ciemnym zaułku. Bolkow, przerażony, cofałby się w głąb ślepej uliczki, skamląc o litość. Ale nie, przecież sam kazał go "zaprogramować" na bezlitosnego sadystę. Zdolnego zabić bez mrugnięcia okiem innego dzieciaka w czasie mistrzostw świata. I to na oczach całego świata – jak nie siedzącego na trybunach, to oglądającego transmisje.
Podobno potem brano ten mecz za film akcji. Nawiasem mówiąc – film akcji klasy E z kiepskim scenariuszem.
I zupełnie nieprawdopodobnymi czarnymi charakterami.
A potem byłby łeb roztrzaskany o mur, rozwałkowane flaki, wywalone bebechy, skamlenie skurwysyna.
Rozciął delikatnie skórę na piersi, otwierając klatkę piersiową. Chociaż nie mógł go zabić, to przynajmniej na koniec zrobi mu w środku krwawą jatkę i naleje jakiegoś paskudztwa. Wykastruje. I oczywiście zmiażdży mózg. Potem zaszyje, by nie było niczego widać. Pierdolić przysięgę i etykę.
Te wesołe rozważania i ich realizację przerwało nagła przeszkoda pod ostrzem. Zerknął zirytowany. Schylił się i odpowiednim narzędziem delikatnie rozszerzył szparę. Odbił wnętrzności w przenośnym lusterku – głupi nawyk, ale czasem przydatny. Chociażby kiedy z klatki piersiowej wyskakuje wściekła żmija. A to był przypadek z jego własnej, rocznej praktyki.
Znalezisko było lepsze od jakichkolwiek żmij.
Dopiero po minucie odzyskał panowanie nad sobą. Po kolejnych sześćdziesięciu sekundach opanował potok "kurw" w umyśle.
Pęsetą wydobył sporą kapsułkę z truchła, przyjrzał jej się pod światło. W czymś takim każe się przemytnikom połykać kokainę, jednak wtedy powinny znajdować się w układzie pokarmowym a nie pod skórą, tuż pod sercem… Musiało tam być coś, co mu się absolutnie nie spodoba…
Spod cienkiej, krwiście czerwonej ochronki prześwitywała luźno zwinięta rolka papieru. Przy odrobinie wysiłku dało się nawet rozróżnić bukwy.
No i co z takim fantem zrobić?
Pracował sam – prosektoria nie były strzeżone, zaś policjant odpowiedzialny za „śledztwo” (o ile ten kabaret można było tak nazwać) stał przed budynkiem, paląc podejrzanie pachnące skręty. Bezkrytycznie potwierdzi wszystko, co Borys napisze w raporcie – w końcu to on był specjalistą…
Schował kapsułkę do fartucha i zrobił z ciałem to, co zrobić miał. Zszywając dawnego trenera, wymyślał oficjalną wersję sekcji.
W jego środku pozostawił dziwną plątaninę jelit, pociachane z furią serce, rozlewającą się zawartość wątroby i inne miłe rzeczy. Raport z sekcji spisał szybko – stare obrażenia głowy, złamanie podstawy nosa (zaleczone), ślady po wielokrotnych złamaniach obu rąk (zaleczonych), w chwili śmierci trzeźwy, przyczyny śmierci naturalne. O znalezisku nie wspomniał – i tak w tak banalnej sprawie nie będą go poprawiać, można to utajnić.
Parę godzin później, ledwo przytomny ze zmęczenia, dotarł do dawnego mieszkania. W porównaniu ze „przyszłym gniazdkiem”, jak to określała jego dziewczyna, było najbezpieczniejszym, najspokojniejszym miejscem pod słońcem. Żadnych wścibskich bab, sąsiadów czy zarządców kamienic… Tak, „dzikie” lokum w opuszczonej fabryce bawełny było świetnym pomysłem dla biednego, młodego człowieka.
Po omacku znalazł lampkę, zmiótł rękawem kurz ze starego jak świat biurka. Całe mieszkanie było umeblowane przypadkowo – stąd i stamtąd zabrał wyrzucone meble, coś sam zbił ze znalezionych desek… Dało się żyć.
Wyciągnął tajemniczą kapsułkę oraz scyzoryk. Przejechał nim po spoiwie obu części , pasek papieru opadł delikatnie na nierówne deski.
Kuznestow ze skupieniem przeczytał długą informację. Potem spróbował przeczytać ją od prawej do lewej. Potem wypróbował paru banalnych kodów, takich jak „KONIEC MATURY” i kod zamienny.
Zamiast wyjaśnienia, wszystko dodatkowo się poplątało.
Tekst był kompletnie bez sensu.
Po paru minutach w wymęczonym mózgu zakwitł nowy pomysł. Jeśli tekst jest w grażdance… a jednak nie, w głagolicy… to nie musi być koniecznie rosyjski… ani nawet żaden słowiański…
Zagapił się tępo w światła za ogromnym, fabrycznym oknem, dającym trochę światła obok biurka.
Że też wcześniej na to nie wpadł…
Ciekawe, pomyślał, sięgając po słuchawkę nielegalnie podpiętego do linii telefonu, czy Jurij nadal używa tamtego numeru?
*
Jurij Iwanow nadal używał tego samego numeru.
Na dodatek, Jurij Iwanow nigdy nie lubił telefonów w środku nocy, o czym Borys przekonał się dogłębnie.
– Mów! – warknął wreszcie rozmówca, kończąc tyradę przekleństw, wściekłego syczenia i ziewania.
Powiedział.
Jurij zaklął siarczyście do słuchawki.
– Po chuja ci potrzebny jakucki?
– Eweński chyba… – poprawił Borys przypatrując się kolejnej dziwnej bukwie w tekście.
– Jeden czort…– warknął rudy głucho – Skąd mam wiedzieć? Z Syberii nie jestem…
– Siedziałżeś tam z pięć lat.
– Ty uparty skurwi… Daj adres, jutro będę.
Szybko podał adres nowego lokum – może i było to cholernie nierozsądne, ale miał siły przemyśleć, co jest rozsądne, a co nie. Wystarczyło mu wyobrażenie porządnej lampki oświetlającej tajemniczy tekst i siedzenie na zapadającej się kanapie. Po chwili zastanowienia zadzwonił do reszty dawnej drużyny Demolition Boys i zaprosił na te samo spotkanie. Iwan pochodził z Kaukazu i chyba znał kilka tamtejszych języków… A Siergiej… A Siergiej… No, też się przyda.
Pomyślał kolejne parę minut, wyłączył światło i odłączył telefon. Ostrożności nigdy dość.
A teraz, uznał, można się napić.
*
Zoja zerknęła znad kubka kawy. W środku było jej smutno. Tak zwyczajnie, dziecinnie smutno.
– Będziesz moja – zapewnił sumiennie już przysypiający, pijany młody mężczyzna, oparty o nogę krzesła.
– Oj, naprawdę? – zapytała obojętnie. Jak najszybciej stąd wyjść. Jak najszybciej wrócić do Przyszłego Gniazdka. Sam się doprowadził do takiego stanu, że samo patrzenie bolało. Ona nie zawiniła.
…Prawda?
– Najpierw wyrżnę ci z bańki – zadeklarował zadziwiająco przytomnie Borys, jakby na chwilę odzyskał zmysły – A potem zawlokę do rzeźni, gdzie będziemy taplać się w krwi i odchodach. Na koniec spalimy schronisko dla zwierząt wsłuchując się w jęki i piski skwierczących sierściuchów.
– Miła wizja – przyznała – Rano przyniosę ci klina. Bywaj.
Wstała. Założyła kurtkę. Zastanowiła się mimochodem, co by teraz robiła, gdyby była delikatniejszej konstrukcji psychicznej. Przecież to proste, uznała. Uciekłaby natychmiast, nie przestępując progu koszmarnie zapuszczonego pokoju wypełnionego niepokojącą ilością flaszek. Włóczyłaby się po Moskwie bez celu przez całą noc, może by kogoś spotkała i się pobawiła. Nie pomyślałaby nawet o odnalezieniu, a potem pilnowaniu pijanego, niepoczytalnego psychopaty. Ba, o pilnowaniu nawet trzeźwego psychopaty innego niż ona sama…
– Czeekaj! – cała iluzja poczytalności natychmiast prysła.
Zaczekała.
– Rano przychodzisz, powiadasz?! – zapytał tonem osoby znającej odpowiedź – To mnie obuuu – udź o dziewiątej. No.
I zasnął. Tak szybko i raptownie, że trudno by było to zauważyć, gdyby nie zachrapał.
Ciekawe co się stało – pomyślała Zoja, poprawiając czarny golf. Bo coś się stało. Na pewno.
Bo po cholerę taki rozsądny facet by się upijał?
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez tekeli dnia Nie 18:44, 13 Lip 2008, w całości zmieniany 1 raz
|
|
Powrót do góry |
|
 |
|
 |
Tsuki
Blader

Dołączył: 13 Lip 2008
Posty: 39
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Z daleka
|
Wysłany: Nie 22:57, 13 Lip 2008 Temat postu: |
|
|
Fick zapowiada się świetnie. Wiem, że tak szybko tego nie zrobisz, ale i tak mam nadzieję, na szybką dalszą część ^^
Rozmowa telefoniczna - wzorem do naśladowania po prostu *-*
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Namida
Administrator

Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 1073
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 3 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Mirosławiec
|
Wysłany: Pon 22:57, 14 Lip 2008 Temat postu: |
|
|
Cytat: | – Najpierw wyrżnę ci z bańki – zadeklarował zadziwiająco przytomnie Borys, jakby na chwilę odzyskał zmysły – A potem zawlokę do rzeźni, gdzie będziemy taplać się w krwi i odchodach. Na koniec spalimy schronisko dla zwierząt wsłuchując się w jęki i piski skwierczących sierściuchów.
– Miła wizja |
Mój ulubiony fragment. W tym rozdziale oczywiście. Czekam z niecierpliwością na całą resztę, i ... i nie mam pomysła na lepszego komenta więc się nie sap a wiesz dobrze, że życie być straszne i okrutne.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Rubinek
Lider

Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 247
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: okolice Konina [Wielkopolskie]
|
Wysłany: Wto 14:14, 15 Lip 2008 Temat postu: |
|
|
Rzeczywiście interesujący... Taka nutka tajemnicy... Lubię takie fice *^^*
Podobnie jak poprzedniczki - czekam na nexta :)
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Cassie
Lider

Dołączył: 21 Paź 2007
Posty: 367
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Ze wsi, spod lasu XD
|
Wysłany: Wto 14:17, 15 Lip 2008 Temat postu: |
|
|
Dziaaa~, Kniżka na forum *^^*
Faktycznie co nieco pozmieniałaś, zwłaszcza początek. Ale to dobrze, miło będzie przeczytać tą historię jeszcze raz, w nieco zmienionej wersji, co by nudno nie było ^^
Cytat: | W jego środku pozostawił dziwną plątaninę jelit | Pozawiązywał na nich kokardki?
Cytat: | pociachane z furią serce | Mógł dodatkowo podźgać je długopisem :3
Cytat: | A Siergiej… A Siergiej… No, też się przyda. | Żeby robić wrażenie ^^
A mi najbardziej podoba się rozmowa telefoniczna, o.
Nextaaa~ ;)
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
tekeli
Moderator

Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 196
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Płockowo
|
Wysłany: Nie 16:56, 27 Lip 2008 Temat postu: |
|
|
Bez słowa wstępnego, bo mi się cholernie spieszy, jeszcze muszę sobie zrobić kanapki na wyjazd.
Dzięki za miłe komentarze :)
Uwaga: dużo tego. Ponad 5 stron. Mam nadzieję, że będzie wam sie chciało czytać.
Miłej lektury.
________________________________________________________
To musi być wariat bez instynktu samozachowawczego, uznała Zoja Ojmiakonowa, zerkając w boczne lusterko pożyczonego od znajomej samochodu.
Prawdę mówiąc, rzadko bywała w tych okolicach Moskwy, za popalonymi bramami (mającymi związek z jakimś powstaniem), za całą dzielnicą ruin zamieszkanych przez ludzi, których w sumie – to jest zgodnie z administracją, dokumentami i takimi tam – nigdy nie było. Nie przeszkadzało im to kanibalizować i zabijać. Ach, to prawo dżungli. Zawsze można na nie liczyć.
Borys najwyraźniej dobrze czuł się w takich klimatach – parę lat gnieździł się w zrujnowanym budynku i, trzeba mu to przyznać, urządził tam sobie całkiem miłe gniazdko. Podłączył światło, telefon, skombinował ogrzewanie… Okoliczni bezdomni i menele śmiertelnie się go bali, woleli nie przeszkadzać „temu psycholowi”.
Dało się żyć w spokoju.
Ale to, co się teraz działo, było… było niemożliwie, niewiarygodnie głupie!
Była ścigana.
Całe dzielnice przejechała spokojnie, a tu znienacka wyskoczył wariat. Na wąskiej, dziurawej jak szwajcarski ser uliczce, będącej częścią najkrótszej drogi do domu, około pierwszej po południu w piątek. Próbowała jechać jak najszybciej się dało, jednak kochana znajoma remontując i ulepszając wiekową ładę kompletnie zapomniała o czymś takim jak „podkręcenie gazu”. Machina toczyła się z oszałamiającą prędkością 40 kilometrów na godzinę, spowalniana prawie metrowymi dziurami w nawierzchni.
Zoja zaczynała się wściekać. Jeżeli to nie jest halucynacja, to sytuacja była naprawdę głupia.
Jakieś sto metrów za samochodem biegł niski, młody facet. Tempo miał… nieludzkie – nikt normalny nie przebiegłby kilometra w półtora minuty. Co gorsza, był coraz bliżej – w tym tempie, przy takich dziurach i tak długiej uliczce bez odnóg nie da rady go zgubić. Dogoni ją.
I co wtedy? Niemiły skurcz ściągnął żołądek. Facet wyglądał na zwykłego bandziora – w jesiennym słońcu błyszczał złoty łańcuch na nadgarstku, dziwne i tandetne czarne ciuchy, włosy sztywne od żelu… Umiała sobie z takimi radzić, nie raz po próbie wyrwania torebki pechowy złodziejaszek zbierał się z chodnika godzinami, ale teraz… Teraz przeczuwała coś złego.
Najskrzekliwszy z głosów, jak zawsze skory do udzielania „dobrych” rad, z głębi jej czaszki zaczął nagadywać do przejechania faceta na wstecznym. Nie byłby to zły pomysł, gdyby nie to, że właśnie ją dogonił.
Nieludzki bieg nie pozostał bez konsekwencji – koleś dyszał jak traktor, obejmując ramieniem przeponę, śniada twarz połyskiwała potem. Nie zwolnił jednak tempa – przez dłuższą chwilę szedł równo z samochodem, zezując w tylną szybę, wprost na śpiącego Kuznestowa.
Zastukał w szybę, po czym zaczął machać dłońmi, wskazując to na siebie, to na tylne siedzenia. Zoja wytężyła pamięć: nie znała tego kolesia, chociaż twarz wydawała się znajoma. Tylko skąd? Jakoś w tłumie, widziała go na trybunach krajowych mistrzostw Beyblade… Zawody. Skojarzenia wypłynęły niczym woda zza zniszczonej tamy. Gracz. Śniady kurdupel. Jeden z członków Demolition Boys, najkrócej ze wszystkich będący w reprezentacji.
Zatrzymała się.
Typek próbował coś powiedzieć, jednak radio zawodzące kolejną piosenkę z ogromnej kolekcji "A teraz zabijamy wszyscy!" skutecznie go zagłuszyło. Dziewczyna wyłączyła radyjko, przechyliwszy się otworzyła korbką okno od strony pasażera i z wielką uprzejmością zapytała:
– Czego?!
Gruzin zmrużył nieprzyjaźnie oczy, szybko zlustrował wnętrze samochodu, po czym, wskazując Borysa brodą, przemówił zadziwiająco piskliwym głosem:
–Eeej, dupa, obudź go.
Zoję a chwilę zatkało z oburzenia, ale nim zaczęła stanowczy i głośny wykład na temat używania wulgarnych określeń wobec kobiet, jej ręka bez konsultacji z mózgiem powędrowała do tylnego siedzenia.
Dziwny typek stał wygodnie oparty o dach i z głupią miną permanentnego krętacza zaglądał przez okienko. Oczy błyszczały, jakby w myślach wycenia dziwne pokrowce siedzeń, radio i inne drobiazgi, nadające się do szybkiego zabrania i jeszcze szybszego przehandlowania. A przynajmniej tak się zdawało Ojmiakonowej.
– Sokole!
Chłopak – a może raczej młody mężczyzna, któremu chyba było wszystko jedno, jak się go nazywa – wymruczał coś i zacisnął uścisk na kurtce. Zoja chrząknęła do siebie, rzuciła wyniosłe spojrzenie intruzowi i szarpnęła „Sokoła” za ramię.
– Panie Kuznestow! Panie Borysie Kuznestow! – zamruczała łagodnie – Wstajemy, towarzyszu! Chamie jeden! – dodała zniecierpliwiona, ściągając brwi.
– Nie chamie, nie towarzyszu – mruknął Borys i przestał udawać, że śpi.
To dziwne, ale nawet on czasem umiał wyglądać słodko. Ale tylko wtedy, gdy nie miał otwartych oczu, groźnej miny i głupiej kurtki – relikwii na karku.
Po chwili „cham jeden” obudził się na dobre i z głupia miną gapił się na Gruzina.
– Czego chcesz, Iwan?
Młody oblech rozszerzył oczy ze zdziwienia. Szybko się opanował, ślepia zmrużyły się bajerancko i zaczął kpiarskim tonem:
– Ty się pytasz?! Czego chcę! Ty mi lasek telefonem nie strasz, a nie mi się tutaj plujesz! Żebyś ty widział, jak ta z dołu się wystraszyła, jak jej nad cyckiem się rozdzwoniło… Poszło ino tak, żeś w mordę mać! Żebyś ty tam był, może byś ją podtrzymał, dobrze lody umiała… Dziwka mała.
Borys w czasie tego monologu ziewnął i przeczesał palcami włosy, mrugnął parę razy i skrzywił się wymownie.
– Streść się. Czego?
Iwan nachylił się i zerknął kątem oka na dziewczynę. Obrzydzenie w jej oczach zdziwiło go na tyle, by odpowiedział bez większego rezonu:
– Dawaj adres z wczoraj. Trzy laseczki na jednego, ręce pełne roboty, rozumiesz, ni? A z telefonem spierdoliłeś...
Borys przewrócił wymownie oczami i powtórzył adres. Iwan, tym razem odpowiednio przygotowany, pomachał chwilę ołówkiem, przeczytał tekst ponownie i gwizdnął z wrażenia.
– Łooo, brachu! Burżuj z ciebie? Co ty tam robisz?
– Mieszka – ucięła Zoja, nim Kuznestow zdążył się odciąć – Sokole, co…
– Później ci wyjaśnię – warknął półgębkiem chłopak – Punkt dziewiętnasta, sygnał: cztery puknięcia, przerwa miedzy trzecim a czwartym. Za dzwonek w mordę, bo wysiadł. A teraz spierdalaj.
– Co tak ostro? – obraził się śniady, upychając kartkę z adresem w portkach i to bynajmniej nie w kieszeniach – Będę, będę, może nawet na czas. Wezmę dupę, bo ty swoją masz... nawet niezłą – puścił perskie oko do Zoji. Dziewczyna wyniośle spojrzała w drugą stronę
– To nie taka impreza – sprecyzował Borys – Bez towarzystwa, ale weź pół litra. Przyda się.
Iwan zasalutował żartobliwie.
– Taa jest… Nara, Borys. Czółko, laseczko! – rzucił na odchodne, uśmiechając się obleśnie. Poszedł, po dłuższej chwili zniknął zza jednym z rozpadających się budynków.
Borys mruknął coś pod nosem, przecierając oczy znużonym gestem. Po opuszczeniu dłoni zobaczył dwie jadowicie turkusowe tęczówki, świdrujące go niczym wiertarka.
– A teraz, Borysie, wszystko dokładnie mi wytłumacz.
*
Razem przestawili ławę z targu staroci spod ściany na środek pokoju, uporządkowali wieczny bałagan w salonie do względnego porządku.
Umówili się, że on nie będzie jej wyganiał na miasto jeżeli bez słowa będzie donosiła wódkę i zagrychę oraz nawet nie spróbuje podsłuchiwać.
Zoja nie miała najmniejszego zamiaru się wywiązać z obietnicy.
Goście przyszli punktualnie – wszyscy naraz, jakby zmówili się wcześniej. Każdy z czymś ukrytym w torbach, wyglądającym na wysokoprocentowe, każdy w nienajlepszym humorze. Chociaż nie, u nich te skwaszone miny i cierpiętniczy wzrok można było nazwać znakami całkiem dobrego humoru. Przywitali się zdawkowo i zniknęli w dużym pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Siergiej, Jurij, Iwan i Sokół. Dawna drużyna Demolation Boys w pełnym składzie, jeśli nie liczyć najsłynniejszego gracza wszechczasów, Hiwatari Kaia.
Zoja pamiętała czasy jego największej popularności. Dziewczęta z wiejskiej szkoły, które aby obejrzeć relację z mistrzostw beyblade biegły do sąsiadów, mających telewizor. I nawet nie po to, by podziwiać mistrzowską grę, lecz by patrzeć w ekran maślanymi oczyma i piszczeć bzdury. „Kai, ożeń się ze mną!”, „Kocham cię, Kaiuszka!”, „Jesteś najlepszy, bo jesteś najsłodszy”, a w najgorszym przypadku: „I tak bym z tobą wygrała!” z ust dziewczęcia nie umiejącego puścić dysku tak, by trafił w czaszę.
Paranoja.
Jednak, jakby na to inaczej spojrzeć – myślała dziewczyna, wytężając słuch i siekając cebulę do przystawki – paranoja istniała w całym światku. Chociażby bestie. Nie masz bestii – nie masz czego szukać w czołówce. Eteryczne stwory można było wyłącznie odziedziczyć lub znaleźć przypadkiem – loteria losu. Wielu świetnych graczy jakoś radziło sobie bez nich, a do mistrzostw dostawali się słabeusze, polegający wyłącznie na kapryśnym stworku. Pewnie dlatego w ostatnich latach tyle się zmieniło – jej zdaniem na gorsze. Technika szła do przodu, władze BBA nie dawały już rady kontrolować wszystkich oszustw i organizacja poszła na ugodę z producentami sprzętu. Zdalne sterowanie w miejsce wypracowanej kontroli nad dyskiem lub kontaktu z bestią były normą. Gracze zamiast jak za dawnych czasów machać rękami i wykrzykiwać patetyczne hasła stali na baczność i stukali w panele kontrolne, zerkając od czasu do czasu na czaszę.
Oficjalne zawody stały się nudne. Jeśli ktoś chciał pograć naprawdę, nieważne – stary wyjadacz czy dzieciak, któremu użycie elektroniki wydaje się nie w porządku – musiał znaleźć nieoficjalną ligę, uznającą dawne zasady turniejowe.
Jednak najśmieszniejsze w tym wszystkim było, że Bestie…
– Oooooooooż do czorta! – krzyknęła nagle. Potruchtała do łazienki, tuląc dłoń do ust i klnąc ohydnie w myślach, przez chwilę szperała w pudełkach. Nie ma w tym, w tamtym też nie ma… W koszyku z lekami? Też nie… O, tutaj jest bandaż, ale na co teraz bandaż! Gdzie do…
– O, ja ślepota – warknęła ze złością pod nosem. Spirytus salicylowy stał na umywalce, postawiony w najbardziej widocznym miejscu. Szybko złapała go i krzywiąc się polała nim krwawiącą dłoń.
Oj tak, pomyślała klnąc w myślach nieznośne szczypanie towarzyszące odkażaniu rany, trzeba być nią, by być niezłą kucharką, a i tak posiekać sobie palce przez nieuwagę. Koniec z podzielną uwagą! Nigdy więcej głębokich rozmyślań, krojenia i podsłuchiwania naraz! Nigdy, nigdy, przenigdy!
Uśmiechnęła się krzywo pod nosem Przez pół życia obiecywała to sobie i nie umiała zerwać z tym niebezpiecznym, a przydatnym nałogiem.
A jeśli już chodzi o podzielną uwagę… Miała ich podsłuchiwać. Ssąc opuszki palców, wyszła do korytarzyka i uważnie przyjrzała się drzwiom.
Zwykłe, drewniane drzwi, obite śmieszną, pstrokatą tkaniną. Dosyć cienkie, nie tłumiące odgłosów. Na przykład teraz – stuknięcie. Któryś postawił butelkę na ławie. Szuranie. Poprawili się na siedziskach. Szmer. To lata firanka, unoszona podmuchami wiatru wpadającymi przez uchylony lufcik.
A mimo to… żadnych głosów. Nawet gdy wytężała słuch, słyszała co najwyżej niewyraźne pomruki.
Typowe męskie zachowanie. On bawią się w tajemnice, a ją skręca z niepokoju i niewiedzy. A miała naprawdę paskudne przeczucia, nawet bez paskudnych, krwawych i mrocznych podpowiedzi najskrzekliwszego z głosów. Trzeba działać.
Wyjęła palce z ust i dmuchnęła na nie, figlarnie mrużąc oczy.
Niech się starają. Nawet nie są w stanie sobie wyobrazić, do czego doprowadzi kobietę ciekawość…
*
Borys ponowie spojrzał na drzwi.
– Pójdę po zagrychę.
– A nie miała jej przynieść ta twoja? – zdziwił się Siergiej, w skupieniu patrząc – zresztą tak samo jak pozostali demolowcy – na rozwinięto pośrodku ławy rolkę papieru – Mów, co ma Syberia do…
– Świstek nie ucieknie – uciął Kuznestow – Przyniosła zagrychę?
– Nie…
– Ano właśnie.
Borys wyszedł, nie czekając na dalsze komentarze. Nie przyznałby się, że jest zaniepokojony niezdrowo wścibską babą za drzwiami i nagłą, podejrzaną ciszą.
Przymknął drzwi do salonu, odwrócił się i zamarł.
– Coś się stało, Sokole? – spytała niewinnie Zoja. Stała tuż przy drzwiach, wyprostowana na cała swoją – niemałą zresztą – wysokość, z dłońmi założonymi do tyłu i miną godną uosobienia niewinności.
Bez słowa spojrzał w dół. Zza spódnicy wystawała szklanka.
Dziewczyna powędrowała za jego wzrokiem i wyszczerzyła się uroczo.
– ZOJA!
– No co… Odnoszę szklanki… Nie powiem nawet kto zostawia je przy łóżku…
Borys warknął coś niezrozumiałego, wyrwał Zoji szklankę i siłą wepchnąwszy ją do łazienki, zatrzasnął z hukiem drzwi. Drugą ręką, nie bardzo wiadomo po co, złapał starą skórę, leżącą na samej górze ciuchów do prania.
–Nie udawaj głupiej – warknął ze wściekłością, wyrywając dziewczynie szkoło z ręki i podstawiając je pod jej długi i spiczasty nos – Wiem, co robiłaś.
– Co jest złego w krwawieniu? – zapytała bezradnie, nadal z głupim uśmiechem.
– Taaa. I zamiast opatrzyć, uświniłaś przedpokój? A błahaha.
Postanowiła nadal udawać idiotkę.
– Coś sugerujesz – to nie była wymówka. To było zdanie oznajmujące.
– Coś sugeruję! Tak
– Ojejku. Tylko że ja nie mam pojęcia…
– Nie masz pojęcia!? O, panna inteligentna się znalazła!
– Już nie panna. Zapomniałeś?
Kłótnię przerwały na chwilę dwa konspiracyjne półuśmieszki. Jednak pod naporem słusznego gniewu oraz gości pozostawionych samych sobie, zostały zgniecione i zamiecione pod pralkę. Metaforycznie.
– No to ci powiedzieć, tak?!
– No…tak. Na to wychodzi. Tak, zdecydowanie.
Gdy się wścieka, naprawdę wygląda jak menel spod spożywczego, przemknęło przez głowę Zoji. Jeden z tych, co na pewno nie żartują i nie nadadzą się na zabawną puentę, ale zabić mogą. I to bez mrugnięcia okiem. Ale gdy się uspokaja – na pozór, ale ten pozór tak czy fak jest dobry – prostuje się, splata ręce na piersi i przenosi ciężar ciała na prawą nogę, zupełnie tak jak teraz, robi się jeszcze straszniejszy.
– Jesteś upierdliwa – zaczął spokojnie. Trochę nazbyt spokojnie i chłodno.
– Jestem, no i co?
– Cicho! Jesteś upierdliwa i nie wytrzymasz, jeśli się czegoś nie dowiesz.
Tylko pokiwała głową twierdząco.
– A że tam nie mogłaś wejść, to podsłuchiwałaś.
– Ale…
– Cicho, mówię! Chcesz zapytać: "Ale niby dlaczego ja miałam to zrobić?". „Przez okno też można podsłuchać, czemu tam nie sprawdzisz?”. Albo „U sąsiada jeszcze lepiej słychać, jakbym chciała podsłuchiwać, do niego bym poszła”? No, głową kiwasz – dodał gniewnie, po czym zaczął z przesadnym namaszczeniem – To wiedz. Tylko ty możesz wiedzieć o tej, tej oto…
– Nie targaj nią, bo wylenieje do końca.
Borys popatrzył na biedny, stargany, wysłużony kawałek skóry i futra z refleksją. Odłożył go na umywalkę bardzo, ale to bardzo ostrożnie. Jak relikwię.
Sadysta, przejmujący się ubraniem.
I sadystka, siedząca na sedesie, która sama przejmowała się skrzyneczką z szesnastoma gałkami ocznymi. Ze szkła i zwącymi się "skalą Martina", ale zawsze. No co, ona lepsza?
– … tej oto rozmowie. I tylko ty mogłaś w swoich celach…
– Niecnych, jak mniemasz?
– Cicho, babo! – Zoja syknęła urażona, ale nie zwrócił na to uwagi – Niesłychanie niecnych.
Nastała chwila ciszy.
– A… – zaczęła niepewnie, nie napotykając protestu kontynuowała – …A co jeśli powiem, że tak?
Borys karykaturalnie potarł brodę kciukiem, dumając.
– To cię zgwałcę i zamorduję – stwierdził beznamiętnie.
– A jeśli nie?
– To i tak cię zgwałcę i zamorduję.
Ponownie nastała chwila ciszy, zakłócana trzaskiem przepalającej się żarówki wiszącej na jednym kablu u sufitu, wyciem karetki, gnającej ruchliwą ulicą za oknem i wyciem dzikich zwierząt w teleodbiorniku sąsiada, weterana KGB. Po chwili doszedł do tego śmiech gości, którzy nie próbowali się z tym nawet kryć. Zoja myślała intensywnie, a Borys czekał, co się zdarzy.
– To… – zająknęła się, znów na pozór niepewnie – …to co mam zrobić, żeby nie zostać zamordowana?
– Powiedz mi, co słyszałaś – odpowiedział i nagle schylił się nad nią. Wcisnął rękę w pokrytą pajęczynami wolną przestrzeń między klozetem a ścianą i wyciągnął dłoń dziewczyny – Albo sam z ciebie to wyduszę. Co wolisz? – dodał przesadnie uprzejmym tonem.
Znów zamilkli. Borys oparł się drugą dłonią o ścianę nad klozetem, powoli wykręcając dużą dłoń Zoji. Uśmiechał się kpiąco. Kciuk powoli ześlizgnął się do nadgarstka, , i gdy już – już miał go nacisnąć, wykręcić lub zwyczajnie zmiażdżyć, cofnął się i wędrował z powrotem do środka dłoni. I tak raz za razem, jakby dawał jej szansę uniknięcia bólu. Cholernik się drażnił… Zerknęła na niego z niemą naganą, ale równie dobrze mogłaby wymownie patrzeć na walec drogowy, pędzący prosto na nią. Aluzja wzrokowa po prostu do niego nie trafiała. O ile, rzecz jasna, nie był to wzrok osoby wymęczonej psychicznie, na skraju załamania, bo był i przyjemny dla oka, i krzepiący dla duszy sadysty.
Kłopot w tym, ze ona rzeczywiście była na skraju załamania nerwowego.
W końcu się odezwała, chyba za cicho i chyba niepotrzebnie przybierając pozę „aj tam, i tak wszystko mi jedno”.
– Wiesz, to trochę dziwne słuchać rozmowy o dupie Maryni.
Borys wciąż stał oparty o ścianę i słuchał, nadal błądząc kciukiem po szorstkiej, spracowanej ręce. Czekał.
– No nie patrz tak! – zirytowała się po chwili – Ja wolę nie komentować zakładu wielce inteligentnych pawianów, kto znajdzie bardziej szaloną dziewczynę i najdłużej z nią wytrzyma.
Borys rozkrzyżował ramiona, ale nadal świdrował ją wzrokiem.
– No i kto według ciebie wygra? – zapytał niby od niechcenia. Nawet nie musiał udawać, że ją sprawdza. Ona stosowała identyczne metody.
– Nie wiem! Nie wytrzymałam do końca, słyszałam tylko o tej Czeczence – urwała melodramatycznie i westchnęła z politowaniem – Najpierw poderwana przez tego Iwanowa, a potem przeszła na Sergieja, bo… bo coś tam. I że chowa jego skarpety pod poduszką. Tylko tyle. Wierzysz mi, Panie Podejrzliwy?
Nadal patrzył na nią z niedowierzającym uśmieszkiem. Chyba nie powinna się kulić na tym przeklętym sedesie i ciskać gromów oczyma. Powinna mu się wyszarpnąć i najspokojniej na świecie pójść do kuchni albo gdzieś… Prawie się zebrała, by to zrobić, gdy niespodziewanie bezwładność spłynęła na całe ciało.
Gdzieś w głowie poczuła budyń, bardzo powoli wypełniający cały mózg, całe ciało. Wdzierający się bezczelnie do każdej myśli i zatrzymujący ją. Wszystko wewnątrz organizmu przystawało na moment, przenikane przez jakąś okropną energię. Lepką, oślizgłą, okropną.
Było to typowe wrażenie osoby, której mózg jest przeszukiwany przez bestię.
Cholerny niedowiarek…
Tak, ona słyszała tylko o tej Czeczence, chodzącej z androgenicznym chłopcem, Jurijem Iliiczem Iwanowem.
Potem uznała, że nie warto czegoś takiego podsłuchiwać. Prawda?
Tak, prawda.
I tak trzymaj, sama w to wierz, bo tak było!
Uczucie przytłoczenia czyjąś osobowością minęło. Gdzieś chyba usłyszała krótki skrzek sokoła.
– Wierzysz? – powtórzyła spokojniej. Z wysiłkiem pokonała skurcze mięśni. Nie miała pojęcia jakim cudem nie zleciała bezwładnie z toalety i nie zaczęła rzygać na podłogę.
Borys niechętnie puścił jej dłoń.
– Wierzę.
I wrócił do śmiejących się w niebogłosy gości, zostawiając dygoczącą, uspokajającą oddech Zoję samą.
*
Borys Kuznestow popełnił w swoim życiu dosyć dużo błędów – ot, tyle, co zwykły człowiek żyjący w czasach tak zwanego pokoju i posiadający pecha. Jednak trzy były naprawdę tragiczne w skutkach.
Pierwszym było niewyłączenie piecyka elektrycznego w saloniku, kiedy miał cztery lata. Mieszkanie spłonęło, a z całej rodziny przeżył tylko on, nie licząc prababci, zagorzałej komunistki, która z niewiadomych powodów została – dosadnie mówiąc – odstrzelona, do końca głosząc dumne frazesy z dzieł Lenina.
Drugim było pobicie się z największym i najsilniejszym chłopczykiem z dzieci koczujących na dworcu akurat w dniu, gdy przyjechali po niego ludzie z Biovoltu. Wygrał, choć był dwukrotnie mniejszy. Przegrał, bo to jego wzięli na szkolenie, zamiast Andrieja Iwanowicza Jakiegośtam.
Trzecim było zaufanie Zoji Stiepanownej Ojmiakonowej.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Tsuki
Blader

Dołączył: 13 Lip 2008
Posty: 39
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Z daleka
|
Wysłany: Śro 23:57, 30 Lip 2008 Temat postu: |
|
|
Fick nie zapowiada się świetnie i nie jest świetny. Jest boski. Masz cudny styl. Pozazdrościć. Swoją drogą, miło mieć takiego słodkiego i zawsze przemiłego Borysa.
Czekam na dalszą część!
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
tekeli
Moderator

Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 196
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Płockowo
|
Wysłany: Pon 0:10, 22 Wrz 2008 Temat postu: CDN nr. 3 |
|
|
Przepraszam, że pisanie tego trwało tak długo. W "legendarnym między-czasie" miałam sporo przygód, a gdy w końcu miałam czas pisać, to, zgodnie z zasadą złośliwość rzeczy martwych, skończyła mi się licencja na worda(czyt. padł i nie dało się czegokolwiek z tym zrobić) i nie miałam jak zmienić czy chociażby skopiować pliku.
Co do dalszej treści:
*Zamiast "proszę pani/pana", w Rosji jako formy grzecznościowej wobec kogoś używa się liczby mnogiej oraz imienia i imienia odojcowskiego
*Hawroszka i Iwanuszka to postaci z rosyjskich baśni ludowych.
Miłej lektury
___________________
W odróżnieniu od swoich odrapanych kuzynek we wszystkich miastach świata, klatka schodowa była całkiem przytulna. Wrażenia nie psuł nawet napis w windzie, proszący o odczekanie aż " światła się zapalą w komorze gazowej".
Drzwi obok schodów na siódmym piętrze nie różniły się niczym od sąsiednich. Brązowe, nadgryzione zębem czasu, bez oczka wizjera. Na wysokości wzroku wisiała tabliczka ze złotymi, ozdobnymi bukwami. "B. i T. Bolkow".
To trzeba było załatwić delikatnie. Do tego nie nadawał się groźnooki Jurij, brutalny Borys ani bezczelny Iwan. Aby coś osiągnąć, rozmowę powinien przeprowadzić ktoś opanowany oraz chociaż troszkę miły. A to pasowało jedynie do Sergieja Iwanowicza Smironowa, który teraz stał przed drzwiami do mieszkania wdowy Bolkowej, choć wiele by dał, by się z kimś zamienić.
Po chwili planowania zastukał spokojnie. Wśród popołudniowej ciszy sennego, ciepłego dnia, wypełnionej przytłumionym śpiewem ptaków, zabrzmiała krzątanina.
Dobrze, panuj nad sobą, pomyślał Sergiej. Choć jego cierpliwość, wewnętrzny spokój i niewzruszoność monolitu obrosły legendą, niepokoił się. Co jej powiedzieć? "Bardzo mi przykro z powodu śmierci męża"? Przecież zaczął skakać z radości jak oszalały po teatrze, gdy się o tym dowiedział. "Przepraszam, miałem parę nie załatwionych spraw z pani mężem"? "Jestem dziennikarzem, chciałem napisać artykuł o nieboszczyku"? A może: "Jestem osobą mocno skrzywdzoną przez nieboszczyka, czy mogę pogrzebać w aktach, a potem uciąć świętej pamięci głowę"? Nie, akurat to odpada.
Ciemna klamka poruszyła się gwałtownie. Sergiej przestał zagryzać wargę i spróbował się miło uśmiechnąć. Chyba się nie udało.
– Dzień dobry – powiedział uprzejmie i spojrzał w dół na niespodziewanie niską wdowę.
Nie, to jednak przesada…
Samo wyobrażenie sobie kobiety, która byłby w stanie żyć z „tym” Bolkowem było trudne. Jednak ta… to…ten… babiszon wyglądał, jakby umiał przetrzymać wszystko.
Kobieta, nieśmiało wyglądająca zza drzwi, przypominała krasnoluda z książek fantasy – niska, przysadzista, o grubych rysach twarzy. Wręcz prosiła się o kolczugę, topór u pasa oraz brodę równie skudloną co długie, zniszczone, brązowe włosy.
Ubrana była odświętnie – w workowatą koszulinę z kołnierzykiem w pstrokate ciapki oraz spódnicę do kompletu, komplecik uchodzący za szczyt elegancji u niektórych osób po pięćdziesiątce.Płakała. Skończyła dopiero przed chwilą, na komodzie widocznej przez szparę w drzwiach leżała zgnieciona chusteczka.
– Dzień dobry – wyszeptała słabym, drżącym głosem.
– Tatiana Bolkowa? – upewnił się głupio.
– A kim pan jest? – zapytała podejrzliwie, marszcząc grube, nieregulowane od dawna brwi.
– Jestem… – Sergiej urwał, olśniony nagłym wspomnieniem – Jestem dawnym uczniem Borysa Mawrowicza – powiedział uprzejmie, garbiąc się tak, by kobiecina widziała jego twarz – Podobno wasz mąż umarł… Moje kondolencje…
Wdowa uśmiechnęła się słabo – wyglądało to jak słońce przebijające się przez burzowe chmury w czasie sztormu.
– Dziękuję – powiedziała trochę pewniej, ocierając naprędce wyciągniętą z licznych fałd ubrania chusteczką rozmazany, niewprawnie nałożony tusz do rzęs – Boryś mówił, że uczniowie go nie lubią… Może pan wejdzie? Zrobię herbaty.
Smironow z uśmiechem przytaknął. Mimo sytuacji musiał się mocno opanować, by nie parsknąć śmiechem. Nie „Boria”, nie „Boriuszka”. „Boryś”! Używała też tego dziwnego słowa, „pan”, zamiast liczby mnogiej. Skąd jest ta baba?!
Niemniej, wpraszanie się miał już z głowy. Za kobietą wszedł do mieszkania. Przedpokój i salon wypełniały jasne, stare meble, ozdobione koronkowymi serwetkami. Posłusznie usiadł na tapczanie zakrytym narzutą w kwiatki i przyjął szklankę ze śmierdzącą wiśniami herbatą.
– To miło, że ktoś przyszedł – powiedziała Bolkowa, siadając naprzeciwko – Wie pan, nikt się ze mną nie kontaktował od czasu tego procesu. Nawet szef Borysia przepadł. Kiedyś nawet na kawkę wpadał. A teraz przepadł.
Po chwili na ławę wsunął się półmisek z sernikiem i makowcem, ale Smironow z wrodzonej ostrożności wolał ich nie tykać.
Dziwisz się, kobieto? – pomyślał smutno Sergiej, upijając naparu. Byłaś oszukiwana. Pewnie nawet przez głowę ci nie przeszło, że on może wcale nie uczyć chemii w elitarnej szkole męskiej. Przecież on był taki „porządny”, słowny, obyły w świecie, po co miał kłamać?
Ciekawe, jak jej wytłumaczył powód rozprawy sądowej.
– Tatiano Julianowna – zaczął stanowczo Smironow, udając, że herbata mu smakuje – Mogę wam zadać parę pytań?
– Nie, synku! – uśmiechnęła się niespodziewanie kobieta, zerkając znad własnej szklanki – To ja mam parę pytań.
– Słucham? – wykrztusił po dłuższej chwili.
– Czy mój mąż dobrze uczył?
Dyskretnie westchnął.
– Nie, Tatiano Julianowna – odpowiedział szczerze, uśmiechając się półgębkiem – Fatalnie tłumaczył. Wrzeszczał. No i rzadko było wiadomo, o co mu chodzi.
Bolkowa ze zrozumieniem pokręciła głową.
– W domu był zupełnie taki sam – przyznała z ledwo skrywanym zawodem. – Zupełnie taki sam… A teraz: o co chodziło, Siergieju…?
– Iwanowiczu
– Tak, oczywiście… O co ci chodziło, Siergieju Iwanowiczu?
Wciągnął powietrze, mimowolnie wyprostował się.
– Tatiano Julianowna – zapytał powoli i wyraźnie – czy wasz mąż miał jakieś operacje narządów wewnętrznych?
Nastała kłopotliwa cisza. Przelot muchy zagrzmiał jak wystrzał armatni.
– Co proszę? – zapytała po dłuższej chwili kobieta z całkowitym niezrozumieniem.
Przywołał na twarz swoją codzienną minę – skupioną, obojętną maskę. Wcale nie okazał irytacji, że ludzie nie znają Takich Łatwych Pojęć.
– Operacje serca, wątroby, płuc, wiecie… Chirurgia…
Kobieta przytakiwała, myśląc intensywnie. Jej mina była bezcenna.
Sergiej mimochodem zaczął się zastanawiać, gdzie ona mogła trzymać dokumenty. Ona raczej nie była pomysłowa… Barek. Ludzie zawsze chowają dokumenty w barku. Zazwyczaj za wódką, jakby to miało w czymś pomóc.
Tatiana Bolkowa nadal milczała, wznosząc oczy ku zaplamionemu sufitowi. Po dłuższej chwili zaczęła nerwowo wybijać rytm palcami.
– Chodzi o coś takiego – spytała nieśmiało – co niby rozcinają człowieka i mu grzebią w środku?
– Tak – uciął szybko blader, w myślach dziękując za to olśnienie.
Kobieta pokiwała głową, duszkiem wypiła resztę herbaty i czknęła, elegancko tłumiąc odgłos.
– Boryś chyba… tak… tak. Parę lat temu chyba miał operację płuc, ale nie wiem na pewno, gdy go odwiedzałam był nieprzytomny… Bardzo ciężka choroba to była…
– Pamiętacie, jaka?
– Nie, nie, nie pamiętam. Wie pan, to od palenia…
Fakt. Borys Bolkow palił dużo więcej od przysłowiowego smoka.
– Czyli się nie orientujecie?
Sergiej miał nadzieję, że nie zabrzmiało to żałośnie.
– Przykro mi – stwierdziła wdowa, dolewając sobie herbaty.
Ciekawa osoba, pomyślał Siergiej, by jakoś odegnać przytłaczające poczucie beznadziejności. Prosta jak drut, durna, a jednak sprawiająca wrażenie dosyć eleganckiej. Teraz jednak zaczynał rozumieć, dlaczego Bolkow tak niechętnie wracał do domu i na wszelkich uroczystościach pojawiał się sam, zostawiając żonę w tym wypucowanym, stylowym areszcie. Czy jej to przeszkadzało? Mieli dziecko – na ścianach wisiały zdjęcia chudego jak patyk, roześmianego chłopca. Chrzciny, szczęśliwa rodzinka nad jeziorem, jakieś rodzinne imprezy.
Przynajmniej się jej nie nudziło.
– Przepraszam – odezwała się po chwili gospodyni, lekko rumieniąc się na bladych, pokrytych matową skórą policzkach – Muszę iść do ki… do toalety. Pan tu posiedzi trochę, dobrze? Za moment wrócę, przyrzekam…
Oddaliła się szybko. Gdy tylko usłyszał trzask drzwi, zaczął szukać. Miał mgliste pojęcie, czego właściwie szuka, ale na pewno zauważy coś ważnego.
Jak się spodziewał, wszystko było w barku, za dziesięciolitrową flaszką..
*
Zoja była zła, wściekła, zdołowana, umierająca i jeszcze raz zła.
Po całym dniu, spędzonym na prawie niewykonalnych zadaniach musiała wszystkiego dość. Nie dość, że musiała się tłumaczyć kanarowi z biletu ulgowego i wypierać dwudziestu tysięcy rubli kary, dostarczyć indeksy, dane osobowe i inne duperele potrzebne, by ludzie uwierzyli, że chodzi na wykłady z antropologii na czwartym roku to – jakby było mało – dostała miesiączki. A początek okresu miała wyjątkowo bolesny.
Z ukojeniem wróciła do „Przyszłego Gniazdka”. Duże mieszkanie w kamienicy nietkniętej przez radzieckie władze nie było jeszcze do końca odremontowane, nadal straszyło brakiem podłogi w jednym z czterech pokoi i walającymi się wszędzie kartonami, chowającymi skromny dobytek pary. Większość mebli nada była prowizoryczna; na porządne, drewniane i trwałe antyki wciąż brakowało pieniędzy i czasu na szperania po pchlich targach. Teraz z ulgą nacisnęła klamkę i weszła do czteropokojowej oazy.
Spojrzała przed siebie, cofnęła się, sprawdziła numer mieszkania na drzwiach, przetarła oczy, podejrzliwie podsunęła pod nos niby właściwe kluczyki. To musi być skutek braku kofeiny. Wiadomo, organizm nałogowca bez używki zbyt dobrze nie funkcjonuje. Oszukuje sam siebie, nie pozwala się do końca obudzić i, jak się okazuje, tworzy najbzdurniejsze zwidy, które być nie mogą.
A podobno się wyleczyła.
Korytarzyk „Przyszłego Gniazdka” był zagracony. Właściwie lepszym określeniem byłoby: bardziej zagracony niż zwykle, gdyż bałagan to norma podczas remontu połączonego z połowiczną przeprowadzką.
Na szafie, stanowiącej jedyne umeblowanie wąskiego pomieszczenia, na baczność stały czarne buty ze stalową podeszwą i beżowym futerkiem, modne co najmniej sześć lat temu. Pod nią poniewierała się rozsunięta torba podróżna, zapełniona dosyć przypadkowo. Wystawała z niej wyrzutnia dysków w kształcie CKM-u, ubrania i sten. Prawdziwy, z rdzą dokładnie zakrytą czarną farbą, położony na ukos, by się zmieścił. Na samym wierzchu niewinnie leżała zaczytana prawie na śmierć książeczka z niewyraźnym tytułem na grzbiecie.
Szeptem odepchnęła głupie myśli i wkradła się do „Gniazdka”. Nasłuchiwała chwilę, delikatnie przesuwając się ku źródłu hałasu. Szeleściły kartony, chrzęściły przerzucane, do tej pory nie wypakowane z nich graty. Co chwila sączyło się jakieś niewyraźne przekleństwo.
Wyminęła torbę, zajrzała dyskretnie do „sypialni”.
No tak. To tylko Borys grzebał w swoim pudle, mieszczącym większość jego dobytku. W dziwnym pośpiechu wyciągał z niego graty i kładł obok siebie z niespotykaną u niego starannością. Ot, nic wielkiego: kolczasty cep (nonczako? Nie, tu była Rosja i to był cep), czarny marker i duża latarka ratunkowa.
Dziewczyna wsunęła się do pokoju, obserwując dłuższą chwilę niespokojną krzątaninę. Już sama staranność u Borysa była zupełnie nienaturalna. A broń… wiedziała, że na pewno gdzieś ma spluwę, lecz o ile po wejściu do mieszkania byłą zaniepokojona, to po ujrzeniu małego arsenału była przerażona.
Spróbowała skojarzyć fakty.
Albo chce kogoś zabić albo przejmował się tą dziwną sprawą bardziej, niż myślała.
–Borysie Dimitrijewie, co wy robicie? – zapytała w końcu, osłupiała.
Kuzniestow odwrócił się gwałtownie. Popatrzył niespokojnie na dziewczynę i z rozmachem zamknął karton. Jakkolwiek śmiesznie to brzmiało, udało mu się trzasnąć tekturą. Bez słowa wstał, zebrał graty i przeszedł obok, nie zaszczycając panny Ojmiakonowej najzimniejszym spojrzeniem. Rupiecie wylądowały w torbie, a Borys zaczął zakładać swój charakterystyczny strój sprzed dziesięciu lat. Wciągnął futrzane buty, na kark naciągnął brązowo – białą skórę z naszywką z „B” wpisaną w attack ring na rękawie. Zoja obserwowała go zahipnotyzowana, z coraz bardziej opuszczoną szczęką.
– Borys… – powiedziała powoli, z trudem dobierając słowa – Zwariowałeś, prawda?
Dopiero wtedy uznał za stosowne coś powiedzieć.
– Wyjeżdżam – stwierdził oschle i zarzucił torbę na ramię. Zoję tknął nagły impuls. W końcu jej się skojarzyło. Wyrwana z kontekstu myśl trafiła na właściwie miejsce, tworząc całość układanki. Zrozumiana sprawa bardzo, bardzo jej się nie podobała.
– Ojej.
Przez chwilę po prostu stała i obserwowała dokładne, przemyślane pakowanie torby. By koszula na zmianę się nie pogniotła, by napój się nie wylał, by pistolet nie odbezpieczył.
– To z powodu tego zwitka, tak? – upewniła się, walcząc z gardłem. Miała ogromną ochotę skoczyć na Borysa, zaciągnąć go gdzieś i zrobić mu awanturę, przerywaną całusami i przytulaniem. Jednak, póki była w stanie, wolała upewnić się w swojej teorii na spokojnie.
Borys uśmiechnął się krzywo, upychając latarkę w plecaku.
– Jednak podsłuchiwałaś – skomentował. Zabrzmiało to równie przyjaźnie jak „A jednak spałaś z tuzinem facetów naraz, a żadnym z nich nie byłem ja”.
– Nie! – krzyknęła. Korzystając z chwili, gdy Borys szykował się do przybrania Pogardliwej Pozy, objęła jego ramię i delikatnie, lecz stanowczo spróbowała zaciągnąć go w głąb „Przyszłego Gniazdka”. Już w następnym pokoju Borys stracił chęć do pieszczenia się i brutalnie odgiął palce dziewczyny, kurczowo wczepione w kurtkę. Stęknęła głucho; bolało jak diabli. Chłopak cofnął się ze złośliwym, zirytowanym uśmiechem. Uśmiechem mówiącym aż nazbyt wyraźnie, że dana osoba i tak zrobi to, co chce. Właściwie nie było żadnej możliwej argumentacji, pomyślała z furią.
– Nigdy nie wyjeżdżasz na spontan. – wytłumaczyła, rozcierając palce – Nie mów że nie, zwykle przebąkujesz parę dni wcześniej.
– Ta?
– Tak, tak, Borys. Nawet w łóżku. I zawsze znikasz, nim się obudzę. Bo wtedy na pewno cię nie przyłapię. A do tego… – zmarszczyła brwi, rozważając, czy ten chwyt nie będzie za niski. Jednak, jeżeli faktycznie chciał zrobić to, co podejrzewała, nie istniało coś takiego jak „za niski chwyt”. Teraz głęboki oddech i…
- A do tego nie wiem gdzie niby jedziesz! – stwierdziła ze złością i tupnęła. Udawanie dzieciaka nie było zbyt rozsądnym zachowaniem, ale porażenie kogoś głupotą często działa. Borys patrzył na nią jak… no, jak na głupią. Ręka drgnęła, jakby powstrzymał się od przysłonięcia nią twarzy.
– Za górami – zaczął chrapliwie – Za lasami, stoi sobie zameczek, a w zameczku siedzi ropucha. Ropucha zżera każdego, kto się do niej zbliży na kilometr. Nawet Hawroszkę… albo Iwanuszkę… zżera, a potem wydala. A jej gówno zmienia się w skowronki, które… coś tam robią – przerwał i wymruczał w brodę coś brzmiącego jak:
– urwał, za dużo czasu z nią spędzam.
– No i co z tego? – zapytała, uznając, że skowronki z gówna to faktycznie dobry pomysł.
– A to, że nie tam jadę – oznajmił spokojnie i odwrócił się na pięcie.
Znów użyła za niskiego chwytu – nim otworzył drzwi, wskoczyła na niego, prawie przewracając i przytuliła się od tyłu. Trochę za mocno, trochę zbyt czule.
– Powiedz przynajmniej, po co jedziesz... – wyszeptała, wtulając policzek w wyślizganą skórę kurtki. – Gdy znikasz z rana i wracasz po paru dniach, wiem, że nie ma się co denerwować... Gdy istnieje choć cień zagrożenia, mówisz, że wyjeżdżasz...Ale teraz... Teraz... Sokole, ty myślisz, że możesz zginąć, tak? Przyznaj się. Tak? Tak? Tak?!
Milczał.
To najgorsze w takich gościach. Gdy się wkurzą, mogą niszczyć, mogą palić, ale nic nie powiedzą. Gdy się boja – milczą. Gdy kochają – tylko czynami. Są twardzi i udają, że nic nie czują.
Ale na pewno coś czują. Człowiek całkowicie wyżarty z uczuć nie istnieje. W końcu nawet obojętność to uczucie.
– Możesz przestać robić z siebie widowisko? – zapytał w końcu.
– W zamkniętym pokoju z jednym widzem? Daj spokój. To ty się zgrywasz.
Rozwarł jej dłonie, obejmujące go na wysokości serca i odwrócił ją do siebie, twarzą w twarz.
– Po co jadę, ta?
– Ta.
– Nie chcesz wiedzieć, Zoja.
– Zaryzykujmy, Kochanie.
– Nie mów na mnie "Kochanie". Muszę to zrobić. Rozumiesz?!
Ostatnie słowa prawie wykrzyczał, lekko zaczerwieniony z podniecenia.
Z podniecenia.
Na litość, pomyślała Zoja, z dłońmi wysoko uwięzionymi w mocnym uścisku chłopaka, wpatrując się w jego jasne, lekko szalone oczy. Niemożliwe. Borys stał się... nie nierozsądny ani dziwny, zawsze taki był. Przez chwilę gadał nie jak facet święcie przekonany, że wszystko idzie źle i zacznie iść jeszcze gorzej, więc nie warto się martwić.
Gadał jak jakiś pieprzony idealista.
– Ro... rozumiem – wystękała.
– W końcu, urwał – Kuznestwo uspokoił się, wypuścił z mocnego uścisku nadgarstki Zoji i porwawszy torbę, natychmiast wyszedł.
Zostawił ją pośrodku pokoju, zgarbioną i z mętlikiem w głowie.
Na... na... na litość... On... on... on... on jedzie zginąć...
Pewnie że zginąć, dzieciaku – odezwał się najskrzekliwszy z głosów z głębi czaszki i wybuchnął potwornym śmiechem. I wiesz co, dzieciak? On zginie. Mówię ci, on zginie. Już zginął... już go nie ma... Znów jesteśmy tylko...
Szczęk zawiasów przerwał monolog bestii. Borys, rozciągając za ciasną w barach kurtkę, wrócił się. Minę miał zmartwiona, jakby zapomniał o czymś istotnym, najistotniejszym. W Zoji wykwitło ziarenko satysfakcji: oto zmądrzał. Nie jedzie, najpierw zbierze więcej porządnych informacji.
– Co… – zaczęła ze cwaną miną, krzyżując ramiona na piersiach. Została szybko uciszona.
Zapomniał pocałować jej na pożegnanie.
Całowali się już wiele, bardzo wiele razy, lecz nigdy w taki sposób. Namiętnie, na przeproszenie, na pocieszenie, ale nigdy tak.
To było wszystko naraz. Pocałunek, jaki chce się pamiętać po byłym kochanku. Jakby chciał zostać trochę dłużej i zrobić jeszcze milion rzeczy, lecz nie mógł. Mocny, prawie namiętny, lecz nie taki, który kończy się na łóżku lub innej odpowiedniej powierzchni. Pełen żądzy, lecz niezdarny i niespokojny. Niepokojący. Pełen lęku...
Pocałunek pożegnalny.
Rozczepili się po długiej chwili. Spojrzał na nią z mgiełką dziwnego uczucia w oczach i wypuścił z objęć. Bezwładnie osunęła się na posadzkę i tylko patrzyła, jak w drzwiach odwrócił się i wymruczał:
– Trzymaj się.
Po czym poszedł w diabły.
Siedziała po turecku, jeszcze bardziej roztrzęsiona, zaskoczona i wkurzona niż przed chwilą
Jeżeli w ten dziwaczny sposób chciał ją uspokoić, to udało mu się. Na odwrót.
Wyrównała oddech, zagryzła wargi, wsłuchała się w kroki na klatce schodowej. Wreszcie ucichły.
Westchnęła z nieułomną determinacją i ruszyła za nim biegiem.
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez tekeli dnia Wto 22:59, 23 Wrz 2008, w całości zmieniany 2 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Cassie
Lider

Dołączył: 21 Paź 2007
Posty: 367
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Ze wsi, spod lasu XD
|
Wysłany: Pon 23:21, 22 Wrz 2008 Temat postu: |
|
|
Nie mam siły, żeby cytować, wypaliłam się pisząc Grzyba, gome xD'' (a może izwinitie? )
Ale przeczytałam!
Poprawiłaś scenę pocałunku. I chwała Ci za to! W pierwszej wersji była taka... trochę... sztywna ups
Ale teraz już jest dobrze ^^ Mrrrau... x3
Mówiłam już, że kocham Kniżkę? ;*
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Namida
Administrator

Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 1073
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 3 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Mirosławiec
|
Wysłany: Wto 21:58, 23 Wrz 2008 Temat postu: |
|
|
Co ja mogę napisać... Poprawione jest lepsze i to o niebo.
Co ja mogę Ci napisać... Ammmmm...
Cytat: | To trzeba było załatwić delikatnie. Do tego nie nadawał się groźnooki Jurij, brutalny Borys ani bezczelny Iwan. Aby coś osiągnąć, rozmowę powinien przeprowadzić ktoś opanowany oraz chociaż troszkę miły. |
A może Sergiuś, Ty za mnie napisz też tego komentarza... tak ładnie Cię proszę... no! Nie daj sie prosić... Ty chamie...
Cytat: | choć wiele by dał, by się z kimś zamienić. |
Ja też...
Cytat: | Boryś mówił, że uczniowie go nie lubią… |
No co ona nie powie... Jak można było Boriuchy nie lubić, Borynki, Boriusia-misiusia. Toż to taki pokojowy człowiek był!
Cytat: | – Tatiano Julianowna – zapytał powoli i wyraźnie – czy pański mąż miał jakieś operacje narządów wewnętrznych?
Nastała kłopotliwa cisza. Przelot muchy zagrzmiał jak wystrzał armatni. |
Nigdy wcześniej ci tego nie pisałam, ale... jak kurna nie można było tego zrozumieć? jak? Jak można nie rozumieć operacji narządów wewnętrznych? Jakże, no jak?! JAK? ! <po 5 sekundach:> Bo ja tego nie rozumiem...
Dalej mi sie już nie chcę cytować... czeka mnie pakowanie i w ogóle jestem nie swoja dzisiaj. Tak jakoś dziwnie się czuję... nie chcę jechać na studia... tam nie mam internetu... buuuu T-T
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Kira
Lider

Dołączył: 04 Sty 2008
Posty: 222
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 1 raz Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Syberia-Poland
|
Wysłany: Śro 14:18, 24 Wrz 2008 Temat postu: |
|
|
Co tu mówić skatowałam oczy monitorem (tera gały bolą).... za duzo siedze przed pc. Ale tak musiałam przeczytać to cudo xD. Zajefajne, choć czasem nie kminie o co biega ;*
Dawaj więcej oj tak dawaj!!
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
tekeli
Moderator

Dołączył: 03 Cze 2007
Posty: 196
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 2 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Płockowo
|
Wysłany: Śro 23:11, 22 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Nie będę się tłumaczyć z tak długiej nieobecności - powiedzmy, że bez kolejnej części Książeczki nie chciałam logować się. Pisanie zajęło niesamowicie długi okres czasu... ważne jednak, że koniec końców przemogłam się i wykończyłam następny fragment tekstu. Mam nadzieję, że nie pozapominaliście, o co chodzi w tym opowiadaniu
Szczerze - nie wiem, kiedy opublikuję ciąg dalszy. Moja kochana ambicja doprowadziła do tego, że próbuję swych sił w licealnej olimpiadzie polonistycznej - czyli w lato siedzę nad książkami, narzekam (Namida coś o tym wie...) i staram się zmobilizować do robienia notatek. Nie wiem jak mi to wyjdzie. Póki co, trzymajcie kciuki :)
Co ja miałam... a tak. Miłej lektury!
____________________________
W takie dni człowiek czuje, że żyje. Dużo bodźców, działanie, ciągły ruch. Nie ma czasu przystanąć, pomyśleć, czy to ma sens. Byle dalej. Byle szybciej. Byle naprzód.
Ktoś może ją poczuć, gdy leci parę stóp nad ziemią bez asekuracji, nucąc nieprzyzwoitą piosenkę, mając świadomość tego, że zaraz dostanie licencję spadochroniarską… albo skręci sobie kark. Ktoś inny poczuje to, wspinając się na przekór zimie i wichurze na jeden ze szczytów Uralu by zobaczyć, niczym w szkolnym wierszyku, majaczące gdzieś w dole metropolie, maleńkie jak mrówki.
A kto inny będzie się radował i śmiał, wiedząc, że za chwilę pokrzyżuje czyjeś szyki, popisując się wrodzoną złośliwością. Nie żeby w tej motywacji było coś złego. Pomaga być odważnie głupim.
Nie miała pojęcia, czemu Borys nagle zmienił kierunek. Musiała przyznać, że trochę to utrudniło te komiczne, niebezpiecznie przedłużające się podchody. Znalazła go w końcu w pustej, szarawej, wąskiej uliczce między zaniedbanymi kamienicami. Obok niego szedł niski, przysadzisty mężczyzna w tanim garniturze. Tłumaczył coś nerwowo. Po dłuższej chwili zaczęli się kłócić. Grubasek nerwowo gestykulował, pokazując coś w stylu „rób co chcesz, nie powim”. Borys gapił się spode łba, warknął coś. Zgodnym krokiem wmaszerowali w ciemny zaułek.
Ciemne zaułki w sobotnie popołudnie. Jakże głupie i genialne.
Tylko po co?
Wyjrzała ostrożnie zza zaparkowanego auta. Droga – niestety, tylko metaforycznie – czysta. Wstała, otrzepała spódnicę i nie wdając się w kolejne nic nie wnoszące przemyślenia przekradła się do odrapanej bramy, w której znikli mężczyźni.
Po co tam szli? By załatwić sprawę w jedyny słuszny i honorowy według mężczyzn sposób, łamiąc sobie po parze żeber, nosie i podbijając oczy? Nie, raczej nie – wynik byłby oczywisty. Wątpliwe, by jakikolwiek sflaczały dziadyga był aż na tyle nieostrożny. A może handlowali? Ależ oczywiście, nową fajkę z gruszy zamienię na kilo dziczyzny prosto z Urala, do tego dorzucę dziewczynę młodą, mało używaną, jedynie nieco pyskatą. Nie umiała sobie wyobrazić Borysa idącego na jakąkolwiek ugodę, nawet jeśliby byłoby to dobicie targu na bazarze. A może poszli stoczyć jakże honorowy przez swą nielegalność pojedynek na dyski? Lepiej sprawdzić. Westchnęła głęboko, dodając sobie w myślach otuchy i przytulając się do muru wystawiła głowę zza rogu. Panowie się nie postarali – stali tuż obok, ledwo wsunięci w bramę.
Zawartość żołądka podeszła jej do gardła. Lepiej by było w ogóle nie sprawdzać.
Borys opierał się o ścianę w komicznym ukłonie – przygarbieniu, próbując utrzymać twarz na linii wzroku grubasa. Mówił coś, ledwo poruszając wargami, zmarszczył twarz w najbardziej psychopatycznym grymasie, na jaki było go stać. Nie trzymał żadnych spluw, nożyków czy nawet belki z zakrzywionym gwoździem na końcu – nie potrzebował tego.
Sądząc po minie faceta, zabiegi Kuznestowa wywarły odpowiedni skutek.
Z ciekawością zaprawioną grozą, zaczęła podsłuchiwać.
– Mój brat, brat, brat, brat to me–enta! Rozpustnik! – wycharczał grubasek. W postawie Borysa coś się zmieniło; jakaś delikatna sugestia bezradności.
– A niech będzie i ^^" – parsknął zdenerwowany, po czym zapytał zupełnie innym, spokojnym, rzeczowym tonem. – Gdzie on jest?
– Nie–e wiem!
Zachłysnął się własną śliną. Borys cofnął lekko ramię, jakby rozluźniał uścisk, grubas złapał oddech. Dopiero teraz Zoja dostrzegła, że mężczyzna był przyduszony do ściany.
– Platusk – wydyszał ciężko. – Jest w Platusku. W Pla...
Nagłe torsje wstrząsnęły ciałem mężczyzny; z impetem uderzył głową o cegły, rozpaczliwie chwytając powietrze. Kuznestow cofnął się powoli, pozwalając upaść ofierze. Człowieczek wił się w konwulsjach na ziemi, ostatnie drgawki przebiegały przez bezwładne ciało. Palce dłoni kilkakrotnie skurczyły się, w końcu znieruchomiały.
Musiało jej się zdawać, że jest co najmniej zdziwiony. Przecież jego – jego! – coś takiego nie mogło zaskoczyć! Prawda...?
Zupełnie jakby był zdziwiony, że jego stare metody doprowadziły do czegoś takiego – pomyślała, opierając się ramieniem o ścianę. Używał ich wielokrotnie, wiedziała o tym. Nie przejmował się, jak wpływają na czyjąś psychikę, możliwe nawet, że nadal nie wierzył w istnienie czegoś tak abstrakcyjnego jak psyche. Ale… coś takiego?
Coś takiego. On się zwyczajnie przestraszył... Nie zrobił nic: żadnego masażu serca, sztucznego oddychania czy co tam lekarz ma obowiązek zrobić. Stał i się gapił. Co najgorsze – wcale nie na trupa – nietrupa, lecz na nią. Niebacznie odwdzięczyła się tym samym.
– Zoja – nawet się nie zdziwił. Zupełnie jakby po prostu siedzieli w domu i coś mu się przypomniało. Przybrała maskę „słodkiej idiotki”, pewna, że i tak nie zadziała.
– No hej.
– Wszystko podsłuchałaś – stwierdził szorstko.
– Nie?
Cisza.
– No nie patrz tak na mnie! – jęknęła – Dobrze: widziałam. I słyszałam – zablefowała. Do kitu z chronologią, końcówka to też jakaś całość! Borys nie odpowiedział nic. Miała wrażenie, że trup zaczął się ukradkiem śmiać z niej, lecz mogła to być jedynie autosugestia.
– Co masz zamiar z tym zrobić? – zapytała, przerywając ciężką ciszę.
Borys w końcu spojrzał na ciało, zmarszczył brwi.
Nagle olśniło ją, co może czuć.
Ku własnemu zdziwieniu, ten widok nie sprawił mu przyjemności. Zbyt wiele czasu minęło od ostatniej takiej sytuacji, zbytnio zmienił się jego punkt widzenia. Za dużo nachlapał się we flakach w czasie sekcji, obowiązkowych na każdych studiach medycznych. Teraz to po prostu było ciało, jakich widział dużo, a nie zabawka lub radostka. Do tego trup po zawale (czy co to było) nie był nijak zewnętrznie uszkodzony.
W końcu wzruszył ramionami.
– Ty coś zrób – zdecydował. – Mam pociąg za osiem minut.
– Że niby co?
Podniósł porzuconą na ubitej ziemi torbę, poprawił kurtkę i uśmiechając się krzywo minął osłupiałą Zoję.
– Nie zdążysz tam w trzy minuty! Borys?
Ku własnemu zdziwieniu, sprawa trupa zupełnie przestała ją obchodzić.
– Nie zostawiaj mnie tak! – powiedziała stanowczo, pilnując się ostatkiem silnej woli, by nie krzyknąć – Słyszysz mnie? Borys!?
– Po co za mną lazłaś?
Zapytał tak cicho, że nie była pewna, czy sobie tego nie uroiła. Nie... nie, chyba jednak nie. Odetchnęła głębiej, dobierając słowa.
– Nie powiedziałeś mi, dokąd jedziesz. Czyż to nie logiczne? My to mamy już w naturze: martwimy się.
– „My”?
– Kobiety, pacanie.
– Aha.
– Wiesz, że będę się martwić! Zrobiłeś coś w tę stronę, a? Którym ty właściwie pociągiem jedziesz?
Cisza.
– Wiesz o co mi chodzi. Sokole, a ty wiesz gdzie właściwie jest ten Platusk?
Cisza.
– Chodźmy stąd – powiedziała nagle Zoja, ściskając dłoń chłopaka. Uśmiechnął się i ruszył z miejsca, nie wiadomo czemu biorąc ją pod ramię.
– Racja – przytaknął. – Na dworzec!
Jęknęła cicho. Jego niewiarygodny upór bywał przerażający, niezależnie od okoliczności.
– Po co? – burknęła. – Chyba ci uciekł pociąg. Co ja gadam! Na pewno ci ucie... A może specjalnie dla ciebie się opóźni? No ta, co za znajomości! Toż ludzie po zakonie są nawet w kolejnictwie! Wyczuwają, kiedy zmienić plan! No racja, toż nikt nie zauważy, i bez tego jeżdżą w kratkę! – zauważyła, parskając. – Po co tam jedziesz?
Cisza. Szli, markując spokój; wynurzyli się spomiędzy osiedlowych uliczek na te rojniejsze, dookoła pojawiło się więcej ludzi.
– Po co ty tam jedziesz? Hej, Sokole, słyszałeś?
Sztywno skinął głową. Zaciskał szczękę – pewnie niedługo nie wytrzyma i na nią nawrzeszczy. Właśnie na to liczyła w głębi duszy - nie zdarzyło się jeszcze, by w ataku furii nie wypaplał czegoś gardłowego.
– No i…? Jakaś odpowiedź zostanie mi udzielona…?
Burknął coś.
– O, jakie to treściwe było. Rozwiniesz to?
Popatrzył na nią z ukosa, upewniając się, czy mówiła poważnie. Na twarzy nie miała nawet grymasu uśmiechu: ironicznego, żartobliwego czy jakie tam jeszcze istnieją. Czysta, nieskalana ciekawość i głupota.
– Zoja, zdajesz sobie sprawę, że zwariowałaś do końca? – zapytał powoli, dociskając mocniej jej ramię do swojego boku.
– I to już kiedy!
Zaśmiała się. Ja samą dziwiło, jak prędko może zmienić humor albo symulować jego zmianę. Kiedy on się ostatnio na to nabrał? Po co ona jeszcze próbowała?
Wywrócił oczami.
– Nie masz czego zmieniać – burknął. Gdy miał zamiar dodać coś jeszcze, dziewczyna wyszarpnęła rękę z uścisku, zawirowała zgrabnie do przodu i stając przed nim w zaczepnej pozie spytała bez cienia kpiącego uśmiechu:
– A założymy się?
*
Gdy myśli się „cmentarz”, oczami wyobraźni widzi się obszar gdzieś w lesie, na polu lub innym odludziu. Jest tam cicho, nad głową latają kruki i wrony, na nagrobkach spoczywają sztuczne kwiaty, portrety nagrobne przenikliwie obserwują gości. W tle snuje się gęsta mgła, kropi deszcz.Czasami pomyśli się o wielkich, rzeźbionych mauzoleach, może o ponurym, kamiennym płocie.
Dziwnie jest wylądować na nekropolii graniczącej z ruchliwą szosą. Od szumu klaksonów bardziej drażniący jest tłok – trumnę zsuwano ostrożnie do dziury wykopanej w ostatnim wolnym skrawku przestrzeni, na który złożyło się wycięcie ostatniego drzewa i rabatki przy sąsiednim pomniku. Jedynym obecnym zwierzęciem jest zabłąkany kundel, próbujący żebrać o jedzeniu wśród zgromadzonych. Całość obrazka dodatkowo psuje wyjątkowo słoneczny dzień, zupełnie nie pasujący do smutnej, poważnej atmosfery pochówku.
Tatiana Romanowna łkała spazmatycznie. Pop próbował dodać jej otuchy, wesprzeć słowem, jednak kobieta tylko rozpaczała głośniej, zanurzając twarz w zasmarkanej chuście. Syn wdowy z kamienną twarzą poklepał matkę po ramieniu, słusznie uznając, że nawet potencjalne ożycie ojca nic by nie zmieniło. Grabarze właśnie puścili liny; drewniane pudło rąbnęło w twardą ziemię, trzasnęło – może się roztrzaskało? Złapali za łopaty i bez entuzjazmu zaczęli zasypywać mogiłę ziemią.
Ludzi było dużo. Wszyscy stali na dystans, jakby nie chcąc przyznać się, że faktycznie przyszli na ten pogrzeb. Panowie w garniturach, w okularach, z siwizną, zakolami lub łysiną, zmarszczkami i nieczułym wyrazem twarzy. Panie w klasycznych garsonkach, niespokojnie trzymające pod pachą kopertówki, wyglądające, jakby były gotowe zemdleć. Dawni współpracownicy i podwładni.
Grupka ludzi stłoczona najbliżej wdowy. Chyba najpogodniejsi ze wszystkich żałobników, zachowywali jednak powagę. Z żalem, ze współczuciem patrzyli na rozklejającą się Bolkową i na próbującego trzymać fason potomka. Tylko jakiś gołowąs wyrwał się rodzicom i za ceglanym murem cmentarza próbował drugiego w życiu papierosa. Dawni koledzy, znający bardziej ludzką stronę nieboszczyka.
Nieliczni młodzi mężczyźni, niektórzy może wciąż niepełnoletni. Trzymali się na skraju, zawsze pojedynczo. Mieli coś wspólnego – nie dowierzali. Wpatrywali się w grabarzy, w wieńce czekające na złożenie, na grubego, ryczącego jak zarzynany świniak babiszona. Raz czy drugi któryś z nich łapał spojrzenie wysokiego, niepokojąco podobnego do Bolkowa faceta; kiwali sobie głowami poważnie, jak starzy znajomi przechowujący ten sam sekret. Na niektórych ustach przyczaił się zły uśmiech. Dawni wychowankowie. Ci, którzy najszczerszej się cieszyli. Skurwiela już nie ma. Już go nie będzie.
Oni też odeszli najwcześniej, gdy ziemia spadła na wieko drewnianej trumny.
Potem odeszli umundurowani w korporacyjne fartuszki podwładni.
Bolkowa próbowała zgonić kogoś na stypę. Znajomi nie mieli czasu – to muszą iść do sądu się odwołać, to ktoś miał się spotkać z panienką Sobczak, a to odebrać książki… odkłaniali się grzecznie, pocieszali, było im przykro.
Została sama nad świeżym grobem męża. Nie zauważała syna, stojącego jak cień za jej plecami.
Popatrzyła na kwiatki.
Popatrzyła na marmur.
Popatrzyła na niebo.
Rozkleiła się do cna.
Grabże zdążyli już skończyć swą pracę i rozsiąść się w stróżówce z otwartą flaszką. Jeden wycelował palec w bok, za szybę pokrytą pajęczyną pęknięć. Patrzyli w milczeniu, jak gruby, paskudny babsztyl osuwa się na kolana. Jak drżąc przypiera do świeżej ziemi grobu twarzą, ramionami, dłońmi. Jak wyje głośniej niż wilk do księżyca w pełni. Jak kościsty, wysoki facet próbuję ją od niego oderwać, lecz po dłuższej chwili macha niecierpliwie ręką, coś do niej mówi i odchodzi. Jak po kwadransie podchodzi do niej barczysty olbrzym. Jak łapie ją pod pachy, podnosi histeryczkę, szepcze coś i odchodzą.
Wcale ich to nie obchodziło.
*
– To naprawdę, naprawdę miło, żeś przyszedł…
Milczał.
Ma zbyt miękkie serce. Tak na człowieka wpływa gra w teatrze lalkowym, gdzie połowa repertuaru opowiada o małpkach, króliczkach, poszukiwaniach masła z goździków i innych bzdurach, sławiących przyjaźń i dobro. Delikatne, wesołe scenariusze i modulowanie głosu do falsetu. Targanie drewnianym krzyżykiem, wprawiającym kukiełki w ruch i opieka nad dziećmi, które podczas szkolnych wycieczek gubią się w starym budynku. Do tego wycinanie z kartonu drzew i malowanie ich na fioletowo, tworzenie bajkowej scenografii. Człowiek się od tego zmienia. Robi się bardziej wyczulony lub idiocieje.
Kobieta rozparta na kanapie już dochodziła do siebie. Żakiet był umorusany w błocie, co nie przeszkadzało jej siedzieć na ślicznej narzucie wyszywanej w kwiatki. Oddychała głęboko, pojękując żałośnie co parę minut, jakby próbowała powstrzymać płacz.
Oczywiście, że nie dałby rady jej przenieść przez całą dzielnicę. Pod bramą cmentarza komunalnego czekał Andriej Borysowicz, palący ponuro jakieś babskie papierosy. O dziwo, nawet ucieszył się na widok ojcowskiego wychowanka, zaczął cos paplać, po czym mężnie wziął matkę za ramię, pozwolił „Sierży” objąć ją za drugie i przeprowadzili biedaczkę przez te parę kilometrów.
Chciała zrobić herbatę, ale syn wyręczył ją. Dzierżąc zap[ałki drżącymi dłońmi podpaliłaby nie tylko ozdobny samowar – niezwykły unikat we współczesnym świecie, lecz całe mieszkanie. A nawet jeśli nie, wylałaby wrzątek na siebie. Byłby kłopot. Dla nich.
Delikatnie mówiąc, Tatiana Bolkowa była roztrzęsiona. Dosadniej – histeryzowała. Płakała, skulona na fotelu, mówiła trzy po trzy i mruczała coś pod nosem o licznych zaletach świętej pamięci Borysia, w uszach wychowanka B.I.O.V.O.L.T. ¬– u od początku do końca urojonych. Co jakiś czas urozmaicała to potępieńczym rykiem, wydobywanym przy każdej próbie odezwania się.
Coraz bardziej miał ochotę ją zakneblować chustką.
Ciekawe, czy widziała co Borys zrobił z ciałem jej męża – mignęło mu nagle przez myśli. Nie, pewnie nie; wtedy by nie dała rady z łóżka o własnych siłach, a co dopiero przyjść na pogrzeb. Ciało musiał odbierać syn; ponoć miał do ojca podobny stosunek co wychowankowie klasztoru. A Borys umiał wszystko doskonale maskować…
Po kilkudziesięciu minutach Bolkowa uspokoiła się na tyle, by mówić bez wybuchu płaczu w połowie zdania. Popatrzyła na Siergieja mokrymi oczyma, smarkając w chusteczkę.
– Dziękuję, panie…
– Siergiej Iwanowicz.
Skinęła z wdzięcznością głową. Andriej bez słowa stał w drzwiach, taksując spojrzeniem gościa.
– Siergieju Iwanowiczu, dziękuję…
I zaczął się potok mowy.
Dziękowała za przeniesienie do mieszkania. Dziękowała za posadzenie na kanapie, za zrobienie herbaty, za miłe, wyrozumiałe milczenie. Wychwalała i przypisywała cnotę, dobroć, uczciwość, odpowiedzialność, takt, szczodrość, wielkoduszność… wszelkie zalety, które ludzie naiwni przypisują swoim dobroczyńcom, nawet tym najbardziej interesownym. Przerywała co jakiś czas, by zaszlochać dramatycznie lub kichnąć, po czym powracała do monologu.
Przez cały potok mowy konsekwentnie zapominała o synu. Gdy dotarła do chęci usynowienia biednej, prawie trzydziestoletniej sierotki, Andriej Borysowicz skrzywił się i wycofał z salonu. Siergiej ograniczył się do potakiwania, czując, że za chwilę z zażenowania zarumieni się z jak panienka. Dosyć nieskładna mowa została zakończona rozbrajającym stwierdzeniem.
– Jak świat światem, Sergieju Iwanowiczu, będziesz tu gościem chętnie i suto goszczonym!
Oznajmiła to z dziwnym, nie pasującym do zrozpaczonej kobiety tonem, pełnym namaszczenia i godności. Gdyby mówiła poważniejsze rzeczy i była ładniejsza, można by było zrozumieć, jakim cudem została żoną TEGO Bolkowa. Może w młodości byłą osobą godniejszą i rozumniejszą. Może.
– Naprawdę? – podpytał nieufnie. Bolkowa popatrzyła na niego jak na dziecko wątpiące w święte słowa.
– Oczywiście!
Zrobił minę osoby mającej poważny problem. Możliwości, możliwości, możliwości…
– Mogę się zwierzyć? – spytał żałośnie. Kobieta zasłoniła usta dłonią, usiadła na kanapie z szybkością niemożliwą u osoby wycieńczonej rozpaczą. Widocznie ciekawość i niedowierzanie, że ten miły człowiek faktycznie jej uwierzył, działały dopingująco. Wytrzeszczyła oczy w oczekiwaniu.
– Ostatnio mam problemy z lokum…
Bolkowa, po tych paru w sumie nic nie znaczących słowach, podniosła rękę.
– Mieszkanie! Nie masz gdzie mieszkać – przytaknął. – Ten dom stoi przed tobą otworem! Śpij, gdy tylko zechcesz! Powinnam mieć gdzieś zapasowy komplet pościeli…
Kobieta znikła gdzieś w lichym korytarzyku mieszkania, pozostawiając zaskoczonego, uśmiechniętego nieświadomie od ucha do ucha Sergieja. Bezmyślnie wsłuchiwał się w grzebanie, brzęki, zgrzyty i inne odgłosy pospiesznego szukania. Po chwili dołączyła cicha kłótnia, nieokreślone burknięcie i trzask drzwiami.
Cudza naiwność się opłaca.
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez tekeli dnia Czw 1:30, 23 Lip 2009, w całości zmieniany 3 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Tenshi
Blader

Dołączył: 21 Kwi 2010
Posty: 5
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Żary
|
Wysłany: Pią 19:29, 23 Kwi 2010 Temat postu: |
|
|
szkoda że nie ma dalszej czesci bo już mnie to wciagnęło
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 - 2005 phpBB Group
Theme ACID v. 2.0.20 par HEDONISM
|